Opowiadanie – Mój labirynt (24 )

Z informacją o zaplanowanej podróży poczekałam do sobotniej kawy, a gdy przekazałam ją moim młodym lokatorom nie było końca całusom uściskom i wybuchom radości zarówno ze strony Anki jak i jej chłopaka .

-Ciociu! Jaka niespodzianka, Boże jak cudownie pojedziemy do USA –wołała podskakując i kręcąc mną w kółko. Śmiałam się razem z nimi i byłam szczęśliwa ,że znów komuś  sprawiłam radość. Marek tylko przez chwilę hamował się z wybuchem radości, lecz już po chwili gdy otrzymałam ja i Anka porcję siarczystych uściskach i całusach siedzieliśmy wszyscy troje nad mapą  „ Stanów i „omawialiśmy wyjazd. Przez najbliższe tygodnie co rusz powracaliśmy do tematu wyjazdu i wtedy wszyscy zapominaliśmy o Bożym świecie. Zazwyczaj w trakcie omawiania naszych wędrówek z fotela zrywał się Marek by coś zjeść Zapewne jemu pierwszemu zaczynał doskwierać głód i przy okazji nam przygotowywał kolację lub jakieś przekąski. My obie z Anią byłyśmy na specjalnej diecie by wbić się w wybrane ciuchy i starałyśmy się maksymalnie ograniczyć łakocie , lecz smakołyki Marka powalały nas z nóg i diabli brali całodzienne wyrzeczenia. 

-Pamiętasz planowaliśmy ten wyjazd z Łukaszem i co rusz z jakiegoś powodu go odkładaliśmy. A teraz jadę- znów moje myśli kierowałam do ciebie.. W duchu znów z Tobą rozmawiałam.-Trzy miesiące zwiedzania USA to na pewno nie lada atrakcja- też się cieszę -szepnęłam cicho do siebie .

Mijały tygodnie do wyznaczonego terminu i gorączka przygotowań i oczekiwania na wyjazd młodych i mnie się udzieliła. Razem z nimi czekałam na termin wyjazdu i razem z nimi cieszyłam się na tą podróż. Zaplanowałam tą podróż właściwie ze względu na Ankę. Pragnęłam by zaczęła podróżowanie, o którym zawsze marzyła i chciałam by zaczęło się to od kraju, do którego zawsze chciała pojechać. Mam nadzieję, że zaszczepię jej bakcyla podróżnika. Termin wylotu zbliżał się z każdym dniem. Jak zwykle nie umiałam się spakować i wzięłam za dużo ubrań, lecz na całe szczęście nikt z nas nie przekroczył określonego limity kilogramów. Dla mojej siostrzenicy była to pierwsza podróż samolotem i to na dodatek jeszcze tak daleka. Widziałam jak przeżywa każdy moment związany z podróżą i lotem. Marek jako doświadczony już w tej materii był super opiekunem. Tłumaczył jej wszystko cierpliwie i po kilku godzinach moja do tej pory zalękniona siostrzenica wyglądała na taką ,która co najmniej raz na tydzień kursuje na takiej trasie. Wylądowaliśmy. Anka cały czas paplała zachwycona każdym momentem i szczegółem jaki nas dotyczył. Nawet mnie zaskoczyła swoją gadatliwością i znajomością angielskiego. - A więc moje pieniążki na jej lekcje nie poszły na marne -pomyślałam sobie –gdy  słyszałam ją rozmawiająca z jakimś Amerykaninem.

-Widzisz ciociu- szepnęła mi do ucha gdy zbliżaliśmy się do odprawy- nie jest tak źle, dogadam się ,choć ten amerykański jest troszkę inny niż nas uczono.-powiedziała przytulając się do mnie i cała rozpromieniona cmoknęła mnie w policzek. Nie było po niej nic a nic widać zmęczenia podróżą. Ich radość i mnie się udzieliła, a patrząc na nich jak co rusz przytulają się do siebie i na siebie patrzą wiedziałam, że są w sobie naprawdę zakochani. W domu nie zwracałam uwagi na ich zachowanie, wystarczało mi , że są, że słyszę odgłosy ich obecności, a teraz stojąc obok nich prawie czułam ich radość i szczęście, które ich wypełnia . Każdy zakochany ma wokół siebie tą magiczna aurę, która go rozświetla i czyni promiennym i pełnym miłości. Ogrzewałam się w cieple tej magicznej poświaty, która ich otaczała i czułam się jak ta kotka na rozgrzanym dachu ,która pławi się cieple słonecznych promieni. Spoglądałam na nich i odsuwałam od siebie wizję Tomasza z Natalią. Pamiętam ich śmiech i pocałunki gdy w ogrodzie zawieszali balony na twoje przywitanie.

-Ciociu-usłyszałam głos Anki-który wyrwał mnie z moich wspomnień-  ciekawe czy będziemy mieć blisko siebie pokoje? Jak myślisz? –spytała z uśmiechem i przytuliła się do Marka. Odprawa minęła dość szybko ,jednak droga do hotelu dla mnie ciągnęła się potwornie.  

Ameryka właściwie mnie rozczarowała. Może dlatego, że nie było was?­ Po pierwszych dwóch wspólnych tygodnia stwierdziłam, że daję im wolną rękę. Rozstaliśmy się na lotnisku. Ja wybrałam się w odwiedziny do znajomej w  Indianopolis ,a młodzi jeszcze pozostali w Nowym Jorku.

Moje podróżowanie zakończyłam po miesiącu. Może się to komuś wydać dziwne ,że po tak krótkim czasie porzucam ten prawie wszystkich  fascynujący kraj. Lecz zapragnęłam wrócić do domu ,do naszego ogrodu. Brakowało mi ciebie. Nie umiałam cieszyć się tym co mnie otaczało. Nie miałam ochoty na zwiedzanie i podróże. Ta wspaniała wszystkich tak bardzo ekscytująca Ameryka męczyła mnie. W moich głowie kołatały się myśli związane z tym, że to właśnie tutaj mieliśmy być wszyscy razem ,i razem mieliśmy się cieszyć tym wszystkim co dla mnie teraz jest tak mało ważne. Wszystko bez ciebie było tak inne i obce. Co rusz w różnych momentach czułam coraz bardziej jak mi was brakuje. Noce znów zaczęły być niemiłosiernie długie. W pewnym momencie przestraszyłam się ,że znowu popadam jak poprzednio w depresję, ,że znowu nie poradzę sobie z tym co mi nie pozwala cieszyć się dniem dzisiejszym i zakłóca noce. Tabletki, które wciąż z sobą nosiłam okazały się niezawodne. Prawie codziennie rozmawiałam z Barbarą i Anką co mnie uspakajało i utwierdzało w tym, że nie wariuję, że to tylko chwilowa histeria. Chciałam jednak wracać do kraju. Potrzebowałam kogoś bliskiego i przede wszystkim chciałam uciec od tego amerykańskiego tłoku i innego życia. Basia czekała na mnie na lotnisku. Przez całą drogę do domu nie zamykały nam się usta. Znowu było jak dawniej, no powiedzmy, że prawie jak dawniej. Pomyślałam, że na pewno w domu będziemy same. Nie będzie ciebie i jak zawsze bywało po moich powrotach z wyjazdów nie zrobisz nam twojej wspaniałej kawy i nie rozbawisz jakimś żartem. Wiedziałam o tym lecz pomimo tego cieszyłam się, że wracam do naszego domu.

c.d.n

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.